2007/03/28

Club - Stare Miasto


Na samym końcu starówki (jeszcze za dawną Mexicaną, która nawiasem mówiąc niedługo zmartwychwstanie) mieści się klub... o nazwie Club ;-) Bardzo sympatyczne miejsce. Z zewnątrz co prawda nie wygląda za okazale, no ale odważyliśmy się wejść. I nie żałuję :-)
Nie ma niestety za wiele miejsca w środku (raptem jeden stolik z trzema krzesełkami, jedna kanapa oraz miejsca przy barze), ale kanapa była wygodna :-) Co jest fajnego w tym miejscu? Ano to, że jest tam stół do bilarda, jest dart i parę automatów do gier. Przygrywa też całkiem przyjemna muzyka. No i obsługa miła :) Za pierwszym razem obsługa była i ładna i miła. Za drugim co prawda tylko miła, ale co tam :-P
Zastanawiam się tylko jakim cudem to miejsce jeszcze nie padło. Dwa razy jak tam byliśmy nie było nikogo oprócz nas oraz szefa, który sobie pogrywał przy automacie :-) Zdecydowanie mi ta ilość gości nie przeszkadzała - przynajmniej nikt nie palił. Cały lokal dla nas!
Generalnie - polecam.
Co do zdjęć - są kiepskiej jakości. To na zewnątrz bo oświetlenie beznadziejne, a to w środku jeszcze gorsze bo robione po "tajniacku" telefonem komórkowym bez włączonej lampki. błyskowej.

2007/03/25

Gotowanie - niedzielne przemyślenia bez sensu.

Nigdy nie umiałem gotować. Oczywiście potrafię przetrwać - makaron z jajkiem, jajecznice itd. Ale nic ponadto :-) Jakoś tak się jednak złożyło, że zachciało mi się jakiegoś dania ze szpinakiem. Jako, że niestety raczej wielkiej miłości do tego przysmaku u mnie w domu nie ma musiałem coś upichcić sam :-) W zasadzie było to pierwsze prawdziwe danie jakie zrobiłem w swoim życiu :-P
I...wszyscy je zjedli! Mi smakowało, innym ponoć też. Ale ja nie o tym miałem mówić.
Gotowanie to jest fajna sprawa. Szczególnie jak ktoś pomaga ("zamieszałeś chociaż ten makaron, żeby nie przywarł do dna garnka?" UPS) oraz jak ktoś po tym całym gotowaniu za ciebie pozmywa. To przede wszystkim. Mógłbym na co dzień sobie gotować, ale pod dwoma warunkami: jeden to właśnie to nieszczęsne zmywanie garów, a konkretniej żeby ktoś lub coś mnie w tym wyręczło (czyli przydałaby się zmywarka), a drugie to żeby nikt nie był od tego jedzenia uzależniony. Tak jak dzisiaj - na luzie, bez że tak to nazwę zobowiązań - było to bardzo przyjemne. Uda się - ok, super. Nie? Trudno, wyląduje w koszu, a wszyscy zjedzą coś innego. Ale, mieć na przykład gromadkę dzieci i wiedzieć, że obiad MUSI się udać bo przecież dzieci nie mogą być głodne? To chyba nie dla mnie.
Z drugiej strony inaczej spojrzałem sobie dzisiaj na tych wszystkich Pascali, Kuroniów, Okrasy itd ale tak od strony idealistycznej, marzycielskiej. To jest dopiero fajna rzecz. Robią to co lubią, nie płacą za te wszystkie produkty, z których robią te pyszności, a nawet więcej - to im za to wszystko płacą :-P
Dlaczego piszę to wszystko? Nie wiem.
Czy to co napisałem ma sens? Raczej nie.
Ale jakoś tak mnie naszło na taki durny wpis.
Proszę o wyrozumiałość ;->

2007/03/13

"Wariat i zakonnica"

Tak się składa, że w Polkowicach odbywają się akurat Polkowickie Dni Teatru. Nasuwa mi się pytanie czemu Polkowice potrafią zorganizować coś tak wspaniałego, a Głogów nie, ale mniejsza o to.
Wybraliśmy się wczoraj z moją kochaną żoneczką na sztukę "Wariat i zakonnica" Witkiewicza. Wszak trzeba się czasami odchamić, a bilety nie były drogie - 30 zł od osoby. Ogrom przedsięwzięcia pokazały mi już parkingi ;) Szukałem na czterech okolicznych parkingach miejsca do zaparkowania. Zainteresowanie sztuką nadal jest jednak duże - i to cieszy. Sala była pełna. Co do jednego miejsca. A to tylko jeden z wielu spektakli (sic!), które odbywają się z okazji Polkowickich Dni Teatru. Były tam oczywiście osoby, którym po prostu wypadało się pokazać (lokalni politycy itp), ale jednak (mam taką nadzieję) większość ludzi była tam BO TEGO CHCIELI. I myślę, że nie żałowali. W zasadzie dobre przedstawienie gwarantowały już dwie rzeczy: pierwsza, że przedstawienie to jest grane od 20 lat, a więc coś musi w nim być, a druga to fakt, że było ono przygotowane przez znany Krakowski Teatr Scena STU.
Nie ma w zasadzie chyba sensu, żebym recenzował ten spektakl. Jest w sieci tyle jego recenzji i opisów, że raczej nie trzeba ich powielać. Można o nim poczytać chociażby tu.
Napiszę tylko, że nie zawiodłem się. Świetna gra aktorska (przede wszystkim fenomenalny Dariusz Gnatowski znany szerszej publiczności NIESTETY głównie z roli Boczka w "Świecie wg Kiepskich"), muzyka Pawluśkiewicza (motyw tanga do tej pory błąka mi się po głowie) i niezła scenografia. Jedyne do czego można się przyczepić to...publiczność. Jak zwykle zresztą. Myślałem, że ludzie potrafią się zachować na sztuce teatralnej. Cóż, myliłem się. Ten naród po prostu jest chamski i pewnie nic tego nie zmieni. Żeby było śmieszniej to osoby, które się źle zachowywały to nie 20-latki. Nie. Ci chłonęli sztukę w ciszy. Obok mnie natomiast siedziały sobie osoby w wieku tak mniej więcej 40 lat i cały czas szeptały. Suuuper. Ręce opadają. Inna ciekawa osoba w przerwie marudziła, że bilety są za drogie, ale całe szczęście po znajomości dostała darmowy karnet na wszystkie przedstawienia. Lol, no comments.
Ale podsumowując - gdyby przedstawienie to było wystawiane ponownie pewnie jeszcze raz bym na nie poszedł. Naprawdę polecam. Czasami warto zastanowić się nad czymś głębszym niż kolejne filmy akcji wyprodukowane w Hameryce. Wolałbym co prawda siedzieć na sali sam i w spokoju sobie przyswajać sztukę, ale to już inna kwestia ;-)

Windows Vista


Odsłona pierwsza (22-02-2007).

Ci co mnie znają wiedzą, że nie zachwalam raczej systemów z Redmont.
Do Visty byłem nastawiony wyjątkowo negatywnie. Raz, że nie znoszę XP a podejrzewałem że jest to klon XP-ka z lepszą szatą graficzną, dwa, że słyszałem że ma kosmiczne wymagania zupełnie nieadekwatne do jego jakości.
No ale postanowiłem sprawdzić to na własnej skórze. I nie żałuję :) Od razu zachęcił mnie instalator. Może nie możliwościami, ale tym, że system zainstalował się szybko i sprawnie wykrywając przy okazji cały mój sprzęt. O ile o kartę graficzną się nie martwiłem to co do karty dźwiękowej miałem spore wątpliwości. Mam jakieś zintegrowane badziewie, którego żaden system (poza ubuntu i suse) nie chce wykryć. Cóż, pierwszy punkt dla Visty. Wykrył.
Druga rzecz, która rzuca się w oczy to wygląd. Od razu widać, że tym razem to Windows zaczerpnął sporo ze studni linuksowej. Vista przypomina nieco KDE. Jest po prostu ładna. I to nawet na domyślnych ustawieniach.
Trzy - pasek tzw. gadżetów. Krótko mówiąc można sobie wydzielić kawałek pulpitu na rożne bajery. Od dużego zegara przez czytnik newsów rss czy kursy walut po puzzle do układania w wolnej chwili czy mierniki pracy twardego dysku.
To były te pierwsze wrażenia :)

Odsłona druga.(05-03-2007).

Ci co mnie znają wiedzą również, że pracuję w firmie komputerowej.
Zainstalowaliśmy Vistę na paru komputerach, które poszły do klientów. Efekt? Komputery do nas wróciły.
Może i na pierwszy rzut oka Vista jest ładna. Jest natomiast również kompletnie niedopracowana. To co się ukazało powinno być tak naprawdę wersją beta. Połowa aplikacji nie chce współpracować z Vistą (i nie zawsze jest to niestety wina tych aplikacji), te które działają też potrafią się sypać. Możecie też zapomnieć o zainstalowaniu Visty na laptopach HP czy Lenovo. Vista nie wykryje czytnika linii papilarnych, karty wifi i paru innych rzeczy, a sterowników jeszcze nie ma na stronach producentów.

Odsłona trzecia (13-03-2007).

Radzę nie zbliżać się do Visty póki nie zostanie wydany jakiś ServicePack naprawiający błędy, które się w pierwszej wersji znajdują oraz póki producenci oprogramowania nie porobią łatek do nowego systemu z Redmont.
System ten wygląda ładnie i szpanersko, ale do pracy to on się jeszcze nie nadaje :-)

Odsłona czwarta - ostatnia (13-05-2009)
Service Pack jest, sterowniki są, wszystko śmiga. Ci co mówią, że im nic nie działa - kłamią. Aplikacje, z którymi jest problem można policzyć na palcach jednej ręki.
Polecam ;-)

2007/02/11

openSUSE 10.2


Postanowiłem zainstalować najnowszą wersję suse.
Od razu na początku napiszę: jestem absolutnie uprzedzony do wszystkiego co opiera się na pakietach RPM. Jest to moim zdaniem największe nieporozumienie i staram się nawet nie próbować tykać takich dystrybucji jak mandrake czy suse. Jeśli linux to z coś a'la debian bądź slackware. No ale mój brat bardzo tę dystrybucję sobie chwalił, mówił że wiele się zmieniło, zachwycał się nią więc stwierdziłem "co mi szkodzi spróbować, dawno nie eksperymentowałem".
Za trzecim razem (i zmarnowaniem dwóch płyt) udało mi się w końcu ściągnąć źródła. Czemu dopiero za trzecim? A dlatego, że niektóre mirrory mają uszkodzone pliki. Suse wypala się ok, ale w trakcie instalacji się wysypuje.
Tak czy siak wróćmy do sedna. Instalator - ładny, intuicyjny. Nawet laik sobie z nim poradzi.
Sprytnie wykrywa sobie wszystkie urządzenia jak należy, pyta o to co trzeba itd. Nie jest to jakimś nie wiadomo jakim plusem gdyż teraz jest to standard. No ale mogło być poniżej standardu, czyż nie? Po instalacji restart i...widzimy ładnego bootloadera. Zdziwiłem się, że mimo iż o to nie prosiłem (tzn. nie ustawiałem nic w bootloaderze bo mi się nie chciało i zostawiłem ustawienia domyślne) suse wrzucił mi możliwość odpalenia partycji windowsowej znajdującej się na drugim dysku. Co z tego, że nie działało to odpalanie? Liczą się dobre chęci, hehe ;-) Tak więc windowsa nie dało się odpalić, wróciłem do suse. Od razu pierwsze spostrzeżenie. JEZU! Jak to się długo uruchamia. Dawno nie widziałem tak powolnej dystrybucji. Można zapuścić odpalanie systemu, pójść zrobić sobie kawę, wyłożyć na talerzyk ciasteczka, wrócić i jeszcze się nie załaduje. Więc idziemy jeszcze do WC na dłuższe posiedzenie, wracamy i dopiero wtedy mamy odpalony system. Cool... Tak czy siak powiedzmy, że jestem w stanie to przeboleć i jestem osobą, która jeżeli miałaby mieć stabilny, śliczny i działający system operacyjny może nawet czekać tak długo na uruchomienie. Pal licho.
Co bardzo mnie urzekło to programy od razu instalowane z "susłem". Ot, przykład: po włączeniu od razu mamy Firefoxa (z wtyczkami takimi jak flash player itp). Super. Zresztą jest takich smaczków więcej. Więcej, ale nie na tyle dużo, żeby zrekompensować program yast. Dla nieznających się na rpm-owych dystrybucjach już tłumaczę. Yast to taki program do instalowania pakietów, wyszukiwania aktualizacji itp. Odpowiednik debianowego apt-geta czy slackwareowego swareta. Sęk w tym, że jest to NAJWOLNIEJSZY program instalacyjny jaki w życiu widziałem. Durną bibliotekę, która ma paręnaście kb instalował jakieś pół minuty. Gdy zachciało mi się zainstalować coś większego czas drastycznie wzrósł do ponad minuty. MASAKRA. I co z tego, że sam sobie (nareszcie?) wyszukuje zależności i sam je sobie instaluje? I co z tego, że ładnie sobie przeszukuje źródła, które mu podamy? Wszystko to po prostu blednie gdy weźmiemy pod uwagę jego prędkość. Gdzie mu chociażby do ubuntowego synaptica? Szkoda, że tak to wyszło.
Ostatnie chyba z moich spostrzeżeń początkowych to konsola. W każdym normalnym linuksie konsola jest już tak ustawiona, że gdy wpiszemy sobie (na przykład)
sudo yast
to zostaniemy poproszeni o wpisanie hasła, a następnie odpali się nam yast z prawami roota.
Niestety nie w suse. Jeżeli nie wydamy polecenia bezpośrednio z roota (czyli nie wbijemy się najpierw przez su czy sudo su) to takie coś zwróci nam komunikat błędu: yast - command not found. Beznadzieja.
Podsumowując - nie jestem zdziwiony. Suse nigdy mnie nie zachwycało, a najnowsza wersja tylko potwierdziła moje przekonanie, że ten system nigdy nie będzie wart zainstalowania i pracy na nim. Dziękuję pozostanę przy innych dystrybucjach. Aha, to że ułatwione jest korzystanie z compiza w żaden sposób mojej oceny nie podnosi. Compiz działa również pod innymi dystrybucjami. Koniec.

2007/02/04

Mexicana - R.I.P.

Cóż...naprawdę przykro pisać mi ten wpis.
Jedna z niewielu knajp na starówce (może poza IC i ewentualnie Pinokiem?), których zniknięcia żałuję. Miła atmosfera, przepyszne jedzenie (ech, te enchillady i burritos), którego nie dostanie się w innym miejscu w Głogowie.
Szkoda, że knajpa została zamknięta. Naprawdę szkoda.
Cóż tu więcej napisać? Spędziłem tam parę miłych chwil ze znajomymi o czym można zresztą przeczytać we wcześniejszych notkach.
Tak czy siak - jeszcze raz to powiem - przykro mi z powodu zniknięcia Mexicany z listy głogowskich knajp.

2007/01/27

Kwadraty i inne gadziny...

Spróbuję jakoś streścić miejsca, które zaliczyłem w ten weekend. Żeby było szybciej zrobię to w punktach.
  • Kwadrat - nowy pub w okolicach Lidla. W zasadzie to nie mogę powiedzieć, że go zaliczyłem gdyż pocałowałem klamkę. Napisane było "czynne od wtorku do niedzieli od godziny 16". Byliśmy tam w piątkowy wieczór, a więc łapaliśmy się w tych ramach. Niestety nie według właścicieli pubu :) Widocznie przeszkadzała im zawieja śnieżna tego dnia i się nie pojawili. Cóż, bywa.
  • Tequila Pub - tu zawitaliśmy z Jarkiem po odejściu z kwitkiem z Kwadratu. Dawno mnie tam nie było z racji tego iż nie chodzimy ostatnio w zadymione miejsca z moją żoneczką. Ale ponieważ Asi z nami nie było - weszliśmy. Atmosfera jak zawsze ta sama, nic się nie zmieniło. Doszedłem tylko do wniosku, że InterCity spadło w mojej hierarchii zadymionych lokali na drugie miejsce. Tequila w piątek pobiła IC o głowę. Albo nawet dwie. Siedząc tam stwierdziłem, że jestem zdecydowanie za wprowadzeniem zakazu palenia w miejscach publicznych!
  • Beluga - to już wypad sobotni w składzie Asia, szwagry i ja. Generalnie nie ma się do czego przyczepić. Może najwyżej do tego, że o ile na początku się nami zainteresowano to potem już nas kompletnie olali i Daniel sam musiał iść po zamówienie (znudziło nam się czekanie...). Tak ogólnie ok. Piwo dobre, drinki też. Ser camembert może nie tak dobry jak dawniej, ale też dawał radę. Ale co tam będę narzekać. Obejrzeliśmy sobie za to zwycięstwo polskiej drużyny w piłce ręcznej na bardzo dużym ekranie ;-)
  • Mexicana - niespodzianka. Mexicana w sobotę była nieczynna. Dziwne.
  • InterCity - zadymione i zatłoczone jak to zazwyczaj zresztą bywa. Weszliśmy tylko się przywitać i poszliśmy sobie dalej - powiększeni towarzysko o jedną osobę z IC natomiast pomniejszeni o 'szwagrów'.
  • Pizzeria Pinokio - tu jak zwykle wszystko ok (poza tym nieszczęsnym zapachem z pieców) może poza tym, że z kolei tym razem to nie lokal, a ja musiałem się wstydzić. Za kolegę, który nie powinien pić piwa jeżeli tak się po nim zachowuje jak się zachowywał. Pewnie i tak dzisiaj nic nie pamięta, my jednak tak. Cóż...to chyba tyle. Z litości (a może z grzeczności?) nie będę wymieniał imienia, ani ksywy kolegi, który zrobił z siebie kompletnego pajaca.

2007/01/09

Pizzeria Torino raz jeszcze.

Wybraliśmy się wczoraj trzyosobową grupą w składzie Asia, Grzesiek i ja na wycieczkę.
Cel wycieczki? Zjeść pizzę. Ale z racji tego, że znudziły nam się już knajpy na starówce postanowiliśmy udać się gdzieś dalej. Oczywiście leniwe z nas bestie więc wsadziliśmy swoje szanowne dupska do samochodu :P Chcieliśmy znaleźć jakąś pizzerię na Koperniku. Nie udało nam się (ponoć jakaś jedna jest w "centrum" na Galileusza, ale tam oprócz jedzenia można gratis wpierd...dostać, a tego nie lubimy). Próbowaliśmy znaleźć też coś na Wojska Polskiego, ale tam same "pijalnie". Nic to, stwierdziliśmy, że dawno nas nie było w Torino. Tam skierowaliśmy nasze kroki, a raczej koła autka.
W Torino bez zmian. Ten sam wystrój, te same osoby, czas stanął tam w miejscu.
Pierwszy plus jak zwykle za to, że nie można tam palić. Powietrze czyściutkie.
Drugi plus też tyczy się powietrza. A konkretnie braku smrodu związanego z piecami. Kurczę, jakoś da się. Atmosfera cacy. A w takim np. Pinokiu? Non stop smród z kuchni. I gdy się stamtąd wyjdzie wszystkie ciuchy przesiąknięte tym niemiłym zapachem. Włosy też. W Torino nie ma o tym mowy.
Lecimy dalej. Do samego jedzonka bo to wszak jest najważniejsze. Wiele razy to już mówiłem i podtrzymuję to: w Torino jest NAJLEPSZA pizza w Głogowie. Pyszne, grube ciasto, dużo dodatków, które są równie smaczne i co najważniejsze wszystko w przystępnych cenach. Za każdym razem jak tam jestem żałuję, że Torino nie mieści się na Starym Mieście (byłoby bliżej) :)
Generalnie - polecam. Jeśli pizza to koniecznie w Torino.

2007/01/07

Na kolei coraz gorzej...

Polska to ciekawy kraj. Można by rzec nawet - specyficzny. Chyba jedyny taki w Europie (na świecie?) jeżeli chodzi o wyciąganie wniosków i uczenie się na własnych błędach. W każdym normalnym kraju (pewnie nawet w jakimś Uzbekistanie) gdy jakiejś tragedii można zapobiec to się jej zapobiega. U nas? Nii, nie ma takiej potrzeby. Lepiej problemu nie zauważać, a gdy się coś stanie wtedy lamentować, robić wielkie zbiórki pieniędzy na rzecz osób poszkodowanych i zastanawiać się czy można było temu zapobiec mimo, iż wiadomo że można było (Halemba?). Oczywiście wszyscy są wtedy straszie (aż do obrzydliwości) solidarni ze sobą. No ale nieco zbaczam z tematu. Co konkretnie mam na myśli? Głogowski dworzec. Niektórzy może nie wiedzą, niektórzy pewnie tak, że dworzec się sypie. Jest w opłakanym stanie, swoje czasy świetności ma zdecydowanie za sobą. Nie będę już się rozpisywać na temat likwidowanych połączeń bo to inszy temat, a winny temu jest skur... zarząd regionalnego PKP we Wrocławiu. Nieistotne. Może kiedyś bardziej poruszę ten temat (na życzenie). Wróćmy do dworca. Od jakiegoś czasu sypie się coraz bardziej. Nie mówię nawet o zamykaniu budynków takich jak przechowalnia bagaży, winda towarowa, które teraz niszczeją. Bez tego *powiedzmy* da się żyć. Co mam na myśli? Przejście "nadziemne" (jakkolwiek by się to zwało fachowo), którym pasażerowie udają się z samego budynku dworca na perony. Co z nim? Ano jakiś czas temu zaczęło...pękać. Co zrobiło PKP (oczywiście winię tu Wrocław)? Wzmocniło przejście jakąś szyną. Chwilę zapewne wytrzyma. Ale niedługo - ze względu na pobliskie kopalnie i prowadzone w nich wywierty i detonacje. Efekt? Czekam na katastrofę.
Pieniędzy na naprawę oczywiście nie ma. Znajdą się jak wszystko się zawali. Zacznie się też wtedy szukanie winnych, wielkie halo itd. To o czym pisałem we wstępie tej notki.
Mam tylko nadzieję, że zawali się to wszystko w cholerę gdy nie będzie tam ludzi. Bo może być z tego naprawdę wielka tragedia. Jeśli zawali się to wtedy gdy będą tamtędy przechodzić osoby zmierzające na pociąg z Głogowa do Wrocławia czy Zielonej Góry (wbrew pozorom jest tych ludzi naprawdę dużo).
I założę się, że wszyscy będą mówić (jak to zazwyczaj bywa), że wcześniej problemu nie było, że wszystko było ok, że to "się stało się" dopiero w tym momencie. Podczas gdy wcale tak nie jest.
Nic dodać nic ująć.

2007/01/01

Sylwester - Kraków i Wrocław - porównanie

Postanowiłem wziąć w obronę Wrocław. Gdzie nie spojrzeć to ochy i achy na temat sylwestra w Krakowie (ot, chociażby w - Gazecie Wybiórczej), który moim zdaniem był co najwyżej średni i Wrocław bił go na głowę.
Co prawda na żadnej z tych imprez nie byłem osobiście, ale obie oglądałem sobie w telewizorni :) Bo tak się jakoś złożyło, że z przyczyn technicznych 31 grudnia spędziłem w domu. Tak więc mam jakieś tam porównanie.
Wracamy do samej oceny.
Że niby Krakowie więcej ludzi? Może trochę, chociaż dowodów bezpośrednich raczej nie ma.
Widać, że i tu i tu wyłożono naprawdę sporą kasę. Pozapraszano znanych artystów (Kraków - Kayah czy Krawczyk, Wrocław - Bajm, Kate Ryan...), ale i tak jakoś tak lepiej to wszystko wyglądało we Wrocławiu. Bardziej, że tak powiem "składnie". Poza tym Wrocław mimo wszystko miał większą ilość gwiazd na estradzie. Kraków postawił na (chyba) jakość artystów. Biedni Krawczyk i Rodowiczowa zapełnili pół programu. Wrocław - każdy wykonawca 2-3 utwory i to takie najbardziej znane. O wiele lepiej to wyszło.
Dalej...
To co najbardziej mnie wkurzyło po stronie Krakowa (aczkolwiek to już wina organizatora) to REKLAMY w telewizji. Ludziom będącym tam ciałem, a nie tylko duchem raczej to nie przeszkadzało, ale mi owszem. Ciągłe przerwy na reklamy, na totolotek i nie wiem na co tam jeszcze. Żenada. We Wrocławiu (organizator - TVP, która naprawdę stanęła na wysokości zadania!) jedna przerwa pomiędzy dwoma częściami koncertu i to wszystko.
Ostatnia rzecz jaka mi przychodzi do głowy, a za którą muszę pochwalić TVP (a co za tym idzie imprezę wrocławską) to transmisja na żywo tejże w internecie. Brawo! Tak trzymać. Wspaniała rzecz dla tych co nie mają w domu telewizora (tak, są tacy - chociażby mój brat) czy dla tych co są poza granicami naszego kraju, a chcieliby jednak zobaczyć co dzieje się na sylwestra w kraju czy rodzimym mieście.
A więc podsumowując - Cała Polska w cieniu Śląska, ale... Dolnego!

Ps. A w Głogowie szaro i cicho. Oczywiście zapaleńcy pirotechniki urządzali pokazy sztucznych ogni, ale niestety na tym koniec. Miasto po raz pierwszy od wieeelu lat NIC nie zorganizowało ani pod ratuszem ani pod zamkiem. Mówię miasto, a tak naprawdę to chodzi o nowego prezydenta. Oczywiście, rozumiem szukanie oszczędności. Mam tylko nadzieję, że znajdą one odzwierciedlenie w ważnych częściach budżetu głogowskiego. I za ważną część tego budżetu na pewno nie uważam kieszeni pana prezydenta i jego kolegów. Oby tak nie było.
Tego między innymi sobie i Wam w Nowym Roku życzę :)

2006/12/30

Kamera Creative Live! Cam Video IM

Krótka recenzja kamerki...
Na stronie producenta informacje w stylu:
"Wspaniały obraz, doskonała cena."
"Creative Live! Cam Video IM to łatwa w obsłudze kamera internetowa, zapewniająca
doskonały obraz..."
"Czujnik o wysokiej rozdzielczości (VGA, 640x480) zapewnia ostry i wyraźny obraz w
komunikacji online".
Tyle teorii i opisów. Praktyka? Wygląda (jak to zazwyczaj bywa) nieco inaczej. Najgorsze, że na święta przyjechał mój kuzyn z notebookiem Mac Pro z wbudowaną kamerą.
Odpalił skajpa, włączył kamerę i bez żadnego ustawiania od razu obraz był śliczny i do tego płynny (sporo klateczek na sekundusię). Suuuper.W Krijetiwie? Cóż... na domyślnych ustawieniach jest piękny obraz i...2 klatki na sekundę. Czyli obraz w zasadzie stoi. A jak już się ruszy to tak klatkuje, że głowa boli. Jakiekolwiek zmiany rozdzielczości oczywiście nic nie dają. Dopiero na forach dyskusyjnych można doszukać sie informacji, że wyłączenie jednego (najważniejszego?) parametru, który steruje obrazem daje więcej klatek na sekundę. Bomba. Po wyłączeniu tegoż parametru o każdej porze dnia trzeba sobie przestawiać kamerkę (naświetlenie itp) bo inaczej się zachowuje rzecz jasna w dzień inaczej wieczorem, inaczej przy jednej lampce inaczej przy świetle z góry :> Zabiera to za każdym razem ładnych parę minut. A za pierwszym razem? Jakieś pół godziny nerwów. Plus czas na znalezienie rozsądnego rozwiązania w sieci.
A, dodam jeszcze, że nie jest to wina systemu operacyjnego. Tak samo dzieje się pod Windą 98, 2000 oraz XP (sprawdzałem na wszystkich trzech) :)
Informacja dla linuksowców - działa toto pod linuksem z jajkiem 2.6.x (na 2.4 nie sprawdzałem). Pytanie tylko po co działa skoro skype pod linuksa zatrzymał się na wersji 1.3, która video nie ma. Mogę ją sobie odpalić pod gnomemeeting, kopete ale...po co skoro nikt z tego nie korzysta? :P
Koniec.

2006/12/12

Linuks a laptopy...

Jakoś tak się złożyło, że zakupiliśmy do firmy notebooka, który miał wgranego Linuksa.
Nie jakiegoś tam (phi) Windowsa, a Linuksa ;-)
Zawsze myślałem, że te linuksy, które są wgrane na notebookach to dopieszczone, ładne dystrybucje. Z wszystkimi bajerami i tak dalej. Że szary użyszkodnik, który do niego siądzie powie "kurczę, jakie to świetne, czemu ja korzystałem z windowsa skoro tutaj mam to wszystko za darmo i do tego jest to takie wspaniałe?!"
Jakież było moje rozczarowanie (a zarazem zdziwienie) gdy przywitała mnie surowa konsola w rozdzielczości 640x480 ze standardowej instalacji. Golutki linux, bez X-ów czy jakichkolwiek przydatnych aplikacji. Obrzydlistwo.
Moja teoria spisku podpowiedziała mi w pierwszej chwili: na pewno Bill Gates płaci za to, żeby te linuksy były tak zainstalowane. Żeby użytkownik i tak wybrał windowsa :>
A tak serio...dziwię się, że taka szansa nie została wykorzystana. Bo to naprawdę świetny sposób na sprzedawanie dobrych notebooków TANIEJ. Z tym, że działa tu przede wszystkim reklama. Ja na przykład gdybym zobaczył takiego linuksa jakiego np ma mój sąsiad czy brat zachwyciłbym się tym i polecił znajomym. A po zobaczeniu tego co widziałęm powiedziałbym tylko, że linuks ssie. I że to tylko DOS jakiś jest czy inna cholera.

Drobna uwaga dla fanatyków linuksa, którzy chcieliby mnie nawracać po tym tekście słowami w stylu "linuks jest super, to najlepszy system, on wcale nie musi tak wyglądać, blablabla":
darujcie sobie. Używam linuksa od conajmniej ośmiu lat.

2006/12/02

Wędrówka starówką...

Jak za dawnych dobrych czasów odbyłem wczoraj wędrówkę po starówce. Na tapetę poszedł Miś, InterCity i Tequila Pub. Co ciekawsze nie miałem się wczoraj do czego przyczepić. Albo się starzeję i złagodniałem albo też obsługa w knajpach się poprawiła :P
Tak czy siak jedyne co się zmieniło to towarzystwo. Zazwyczaj wędrówki te odbywałem z Grześkiem (co było bardzo dobrą rzeczą bo tempo upijania się mamy mniej więcej równe), natomiast wczoraj odbyłem ją ze szwagrem (co było zdecydowanie złym pomysłem bo jest to człowiek, którego nie da się upić - nawet kaszubów przepija) :) W każdym razie zdałem sobie sprawę z tego nieco za późno - jakoś tak po piątym piwie i drugiej tequili :P Cóż, człowiek uczy się na błędach. A na następną wyprawę z Danielem będę się musiał zaopatrzyć w jakieś 'dwa ka ce' bo łeb mnie dzisiaj boli niemiłosiernie. Na tym kończę. Idę trzeźwieć dalej.

2006/11/12

O.K. Park

Co prawda byłem już w O.K Parku przy okazji ślubu znajomych jednak po pierwsze nie opisałem wtedy wrażeń z tego miejsca, a po drugie wystrój był ciut inny ;)
Wczoraj zawitaliśmy na kręgielni z racji tego, że Jarek zorganizował tam swoje trzydzieste urodziny. Pomysł fajny. Na pewno lepszy niż siedzenie tylko przy piwie w knajpie. Kręgle co prawda nie są najtańszym sportem (w weekend, w godzinach wieczornych 45 zł za godzinę, a byliśmy dwie godzinki), ale...trzydzieste urodziny nie zdarzają się codziennie, nie? ;) Do tego należy dodać muzykę, piwo beczkowe Tyskie po 4,5 zł oraz atrakcje w stylu bilarda, rzutek, piłkarzyków, karaoke z nagrodami i robi się bardzo miły komplet. Bardzo. Ale żeby nie było za miło: niby mają tam klimatyzowane pomieszczenia, a i tak był zaduch. To raz. Dwa - nie jestem do końca przekonany czy zmienne obuwie do gry w kręgle w ich wykonaniu są higienicznym rozwiązaniem. Dlaczego? Ano dlatego, że owszem jest tam niby jakiś spray do dezynfekcji, ale jest tam również samoobsługa. Gdyby była jakaś osoba, która tym zarządza byłoby okej. Ale nie jest :>
Ale poza tym jest git i muszę przyznać, że bawiliśmy się (tzn mówię o siebie i mojej żonie bo za resztę nie ręczę) naprawdę świetnie.
Poza tym potem pojechaliśmy sobie na starówkę, do Mexicany i był nasz "ulubiony" barman, który zawsze się myli :P Piękne zakończenie całego wieczoru. Jak to ujął Jarek "gość dostał takie zamówienie, że nie ma ch... żeby się nie pomylił" :-) Nic dodać, nic ująć.
Kuniec opowieści :-) Oby takie wieczory trafiały się częściej!

2006/11/06

Kingston DataTraveler U3 - omijać dużym łukiem

Jestem niesamowicie szczęśliwy...
A tak serio...to byłem przez jakąś godzinę. Kupiłem sobie pendrive'a z technologią U3 (można poczytać o tym na www.u3.com). Kapitalna rzecz.
Podłączyłem go w pracy na Win2k i było git.
Wróciłem do domu i...kupa. To, że pod moim linuksem był zwykłym pendrivem i nie dało się wykorzystać u3 - spodziewałem się tego. Ale, że jak przełączę się na XP, którego też posiadam i że nie będzie działać to już nie spodziewałem się wcale.
Cóż za niespodzianka. Nie ma to jak wydać niemałe pieniądze i kupić bubel. Bo jak inaczej nazwać produkt, który działa tylko pod angielskim windowsem XP, a sprzedaje się go w Polsce? To zwyczajne chamstwo. Ja rozumiem, żeby sprawdzać wymagania programu/gry przed kupnem, aby przekonać się czy nasz komputer spełnia wymagania. Ale sprawdzać przed kupnem czy pendrive działa pod polskim XP? Bez komentarza.
Oczywiście pełno w sieci wpisów rozżalonych ludzi, którzy jak ja kupili to urządzonko. I takich, którzy pisali do Kingstona aby coś z tym zrobili. No ale kto by się przejmował jakimś niszowym rynkiem zbytu jakim jest Polska. Teraz to dostrzegłem - googlając po fakcie. Taa...pieknie panowie z Kingstona. A pomyśleć, że miałem o was całkiem dobre zdanie. Pora to zweryfikować.

2006/11/04

usagi.eu.org - reaktywacja


Po chwilowej nieobecności serwer usagi.eu.org wraca do życia.
Powoli się kształtuje, aby ostatecznie mieć nieco inną formę niż poprzednik. Lepszą.
Myślę, że jutro wszystko (tj. serwer jabbera, poczty, www, ftp) wróci do normy, z tym że będzie to wyglądać i zachowywać się zdecydowanie lepiej.
Ze swojej strony dodam jeszcze, że jestem mile zaskoczony zarówno podejściem eu.org jak i ludzi od dnsów z Telekomuny Polskiej.
Obawiałem się, że w związku ze zmianą adresów IP usagi.eu.org zniknie bądź na dobre bądź na bardzo długo, natomiast przerwa trwała...jeden dzień.
Eu.org zmieniło mi NS już po dwóch godzinach (!), a TPSA po jednym dniu.
Bardzo ładnie.

Piętnuję... ;->

Co tym razem? Ano lokalnych polityków. Chociaż są oni tacy sami jak ci na górze to ci lokalni jakoś bardziej mi się teraz naprzykrzają. Wybory się zbliżają i wszyscy wyszli spod ziemi. Na krótko bo po wyborach znowu znikną. Jak zwykle. Oczywiście teraz wszyscy dużo obiecują, nie ma dnia, żebym pod drzwiami nie miał jakieś uśmiechniętej mordki zachęcającej bądź z ulotki bądź osobiście do głosowania na nią właśnie.
Nawet śpiący przez wszystkie te lata nasz obecny pan prezydent Rybka na czas wyborów się przebudził. Dziwnym trafem właśnie teraz znajdują się pieniądze na różne inwestycje. Ot, chociażby na otwarcie nowej pracowni komputerowej w Szkole Podstawowej nr 3 w najbliższy wtorek. Tja... A po wyborach wszystko będzie po staremu. Standard.

2006/11/01

Pizzeria Pinokio

Zawitaliśmy wczoraj z Asią i Jarkiem do Pinokia. Najpierw miał być "Miś", ale był jakiś mecz i strasznie dużo ludzi tam było. Cóż, mecze nas nie interesują, wrócliśmy do Pinokia. I dobrze :)
Dawno nie piliśmy niemowlaczków (czyli piwa w litrowych kuflach), należało to nadrobić. Do tego pizza i oczywiście karty, których też już dawno nie było...
Pizza bardzo dobra (pomijając fakt, że miała być na grubym cieście, a oczywiście była na cieńkim), ale nie przeszkadzało nam to w miłym spędzeniu czasu. W tle pobrzdękiwała sobie Maciorka (tfu, Majorka) i ogólnie humor nam dopisywał :-)
Najmilsze zaskoczenie na koniec. Nie wiem czy wczoraj był jakiś szczególny dzień czy też po prostu jesteśmy tam rozpoznawani jako dość stali bywalcy (choć dawniej bywaliśmy tam częściej niż ostatnio...), ale przy płaceniu okazało się, że dostaliśmy 10% rabat. Bardzo miłe!

2006/10/26

A u dystrybutorów gier zmiany są...

Wczoraj pisałem o tym, że TPSA się nie zmieniła i (to moja dzisiejsza konkluzja) pewnie
nigdy nie zmieni.Zmienia się natomiast nasz przemysł "growy" ;)Pamiętam czasy gdy królowały czasopisma Top Secret, Secret Service czy Gambler.Głównymi źródłami gier były giełdy i sklepy komputerowe, ale kupowało się same piraty ;) Na pewno nie zapomnę tych chwil spędzonych z bratem przy pierwszej części Mortal Kombat, Sensible Soccer czy Wings.Czas poszedł do przodu, zmieniły się czasopisma, zmieniły się nośniki danych, ale w Polsce dalej królowaly piraty. W zasadzie pierwszy raz od około 10 lat widzę, że coś się zmienia na lepsze. Gry oryginalne są tańsze niż dawniej (oczywiście nie mówię o wszystkich nowościach, ale jest tych tanich tytułów coraz więcej), dystrybutorzy prześcigają się w wydawaniu serii typu 'extra klasyka', 'superseller' itp i nareszcie są przynajmniej dwie firmy konkurujące ze sobą, a więc nie ma monopolu cdprojektu (taka growa tpsa) :P Od jakiegoś czasu prym wiódł sklep gram.pl, ale odkąd
pojawiła się cenega (nie mylić z linuksową cedegą) zaczęła się walka o klienta. Dają coraz lepsze ceny, gry są coraz ładniej wydane (z drukowanymi, ładnymi instrukcjami). Kupując i rejestrując grę zarówno w cenedze jak i w gram.pl zyskuje się dostęp do różnych rzeczy związanych z grą (patchami, tapetami itp) oraz gromadzi punkty, które można zamienić na akcesoria komputerowe (cenega) bądź zmniejszyć koszt kolejnych kupowanych gier (wirtualne pieniądze w gram.pl).Podsumowując - chciałem powiedzieć, że bardzo cieszą mnie przemiany, które w końcu doszły do polskiego rynku gier komputerowych. Nadal jesteśmy lata świetlne za
niektórymi krajami, ale i tak wygląda to o niebo lepiej niż dawniej i każdy przeciętny
zjadacz chleba może sobie pozwolić na oryginalne gry. Tak trzymać! :]

2006/10/25

W TPSA bez zmian...

Huczy aż od tych zmian, które dotknęły naszego monopolistę. Że mają coraz lepszą ofertę, że coraz lepiej obsługują klienta. Cóż...pozwolę sobie mieć odmienne zdanie na ten temat. Krótka historyjka, której jestem bohaterem i którą właśnie przeżywam (sprawa nadal w t(ł)oku ;)Tak się składa, że od dwóch lat z hakiem jestem posiadaczem łącza DSL o przepustowości 1mb w TPSA. Nie będę już może wspominał, że odkąd Polpak, który zajmował się DSL-ami po prostu świetnie, przekazał pałeczkę Tepsie wszystko się zaczęło rypać. Nieważne.Skupię się na tym co było ostatnio. A co było? Ano zachciało mi się obniżyć nieco koszty internetu. Poszedłem więc do mojego kochanego monopolisty spytać się czy coś da radę z tym zrobić. Okazało się, że jest teraz promocja, z której mogą skorzystać wszyscy, którzy mają DSL-a od conajmniej grudnia 2004. Cóż, łąpię się spokojnie.W moim przypadku promocja ta oznaczałaby tyle, że miałbym łącze o jeszcze raz takiej przepustowości jak teraz i do tego płaciłbym o około 30-40 zł brutto mniej.Byłbym głupi gdybym nie skorzystał. No więc skorzystałem ;->Z tym, że bardzo zależało mi na zachowaniu obecnego adresu IP pod który jest podpięty usagi.eu.org, na którym jest serwer jabbera, serwer poczty e-mail, serwer www i parę innych rzeczy.Generalnie moim warunkiem dla zmiany w umowie było to, że zachowam ten adres IP. Pan S. z Punktu TPSA w Głogowie poinformował mnie, że oczywiście jest taka możliwość. Nie wiem czy bezczelnie mnie okłamał, żeby tylko sprzedać usługę czy też po prostu jest niekompetentny i niedoinformowany. No ale skoro nie ma o czymś pojęcia to mógłby powiedzieć, że zadzwoni i się spyta (na przykład). Ale nie...najważniejsze sprzedać, reszta nieważna. No nic...mam teraz masę problemów ze zmianą IPków, ale mniejsza o to. Następna fajna rzecz to termin realizacji. Cała sprawa ze zwiększeniem prędkości ogranicza się do tego, że muszą mnie przepiąć u siebie w centralce w inne miejsce.Nie muszą nic u mnie montować, nie muszą już nic sprawdzać. Ile czasu dają sobie na to ogromne przedsięwzięcie? TRZY TYGODNIE. Po prostu powalili mnie tym. I jeszcze pocieszają, że kiedyś czekało się dłużej. No po prostu git. Ręce mi opadły.Tak więc siedzę sobie i czekam. A wszędzie wokoło krążą zadowoleni użytkownicy Neozdrady TP :)Generalnie - w TPSA nic się nie zmieniło.