2006/08/26

Chad Vader

Chad Vader - Day Shift Manager (episode 1)

Pewnie większości z Was to nie zainteresuje, ale fanów Gwiezdnych Wojen powinno :-)) Świetne.
Po kolejne odcinki zapraszam na YouTube. Nie będę zamieszczał wszystkich bo nie ma to chyba sensu. Jeśli interesują Was dalsze losy Chada, kliknijcie po prostu w okienko z filmem.

2006/08/25

Niemiłe...a może też smutne?

W zasadzie nie piszę takich rzeczy na swoim blogu, ale...w sumie może będzie mi lżej jak to wszystko z siebie wyrzucę? A może nie mam się o co oburzać bo przecież świat jest okrutny?
W każdym bądź razie nie podobają mi się praktyki stosowane ostatnio przez mój zakład pracy. Nie będę go tu wymieniał z nazwy. Nie o to chodzi. Ci co mnie znają wiedzą gdzie pracuję. Inni? Nie muszą.
Ostatnimi czasy słyszało się wiele o reorganizacjach w naszej spółce (jedna z większych polskich firm, taka z tradycjami itepe ;)). Najpierw miały być zwolnienia, ale obyło się bez większych strat bo po prostu wypchnięto w całej Polsce osoby na wcześniejszą emeryturę. Powiedzmy, że jest to mniejsze zło. Tak czy siak przez jakiś czas był spokój i cisza.
Cisza przed burzą...jak się okazało.
Usagi poszedł sobie spokojnie na urlop, powypoczywał z żoną w Krynicy Morskiej (czego ślady na blogu zostawił) po to, żeby wrócić do domu i przeczytać w poczcie korporacyjnej maila (sic!), że od września pracuje nie w swoim mieście, a w mieście oddalonym o 60 km.
Fajnie? Nie bardzo. Myślę sobie...no okej, pewnie etap przejściowy, jakoś to będzie, przecież ludzie dojeżdżają do pracy. Nie będzie źle. Cóż...tak sobie myślałem. Niestety aktualnie jestem w trakcie wypowiedzenia umowy o pracę. Co mnie do tego "przekonało"? Zmniejszenie pensji podstawowej 0 20% (na zachętę), brak zwrotu kosztów za dojazdy (dla większej zachęty - a to mimimum 300 zł przy założeniu, że dojeżdżałbym busem, bo jakbym wsiadł w auto koszt automatycznie się podwaja) oraz...informacja, że miasto oddalone o 60 km to etap przejściowy (hehe) bo docelowo do końca roku ma to być Wrocław (oddalony o 100 km). Piknie.
Cóż, ślicznie podziękowałem za współpracę. Na razie ja. Ciekawe ile osób również na to się odważy. Niektórzy nie mają 20 paru lat jak ja, niektórzy są po 40-tce czy po 50-tce. Im trudniej będzie znaleźć pracę. Bo oczywiście nie ja jeden zostałem tak potraktowany, a ludzie w całej Polsce w mojej firmie. Oni raczej nie odważą się na taki krok (dość desperacki rzekłbym). Desperacki bo jestem w trakcie poszukiwań pracy.
W sumie jak tak sobie robię bilans tych chwil spędzonych w tym zakładzie to mordka mi się ogólnie uśmiecha. Mimo wszystko było sporo miłych rzeczy. Więcej niż nieprzyjemnych (choć i tych nie brakowało, jak wszędzie). Mam ochotę co prawda odpocząć już od tego bo nie była to praca łatwa, a nawet na urlopie byłem pod telefonem, ale...będę tęsknił. Głównie za ludźmi z którymi miałem do czynienia. Zarówno mam na myśli paru pracowników spółki (bo paru zdecydowanie nie) jak i z ludźmi spoza zakładu, z którymi musiałem współpracować. Smutno mi ;-)
Czemu to wszystko piszę? Nie wiem. Może chciałem ponarzekać (niepotrzebnie?), może poskarżyć się na swój los, że tak się nie robi (choć podobno life is brutal...), może po prostu podzielić się swoimi odczuciami, a może napisać to po to, że gdy dziesiąta osoba spyta się co u mnie słychać itepe to zamiast pisać to za każdym razem podać mu po prostu link do wpisu na blogu. Naprawdę nie wiem. Tak czy siak jakiś etap mojego życia kończy się. Zobaczymy jaki będzie kolejny...Mam nadzieję, że przyjemniejszy niż obrazki, którymi przyozdobiłem ten wpis ;)

2006/08/21

ebuch.pl


Człapiąc sobie po ulicach Krynicy Morskiej natrafiłem razu pewnego na kiermasz z książkami. Wszedłem pooglądać co też ciekawego mają, ale byłem nastawiony raczej tylko i wyłącznie na szukanie książek fantasy. Jako, że takowych za bardzo nie widziałem, wyszedłem i poszedłem dalej. Traf jednak chciał, że znowu mijałem ten kiermasz parę dni później, akurat gdy dopadła mnie straszna ulewa. Postanowiłem schronić się na kiermaszu. Czasu było sporo więc na spokojnie zacząłem przeglądać różne tytuły i...jestem zachwycony :-) Okazuje się, że cały ten kiermasz jest niejako sklepikiem w terenie serwisu ebuch.pl. No a ceny tegoż są naprawdę super. Wymienię parę rzeczy, które kupiłem: dodatek do gry RPG Earthdawn, którego cena wydrukowana na okładce to 85 zł, podejrzewam, że na allegro czy w innych takich miejscach jest za jakieś 40 zł, ja kupiłem za 4,50. Dalej...jakaś książka nieznanego mi zupełnie autora Dana Simmonsa przeceniona na 1,50 zł. Za 1,50 mogę zaryzykować, a widać że to fantastyka :) Manga Megatokyo zamiast 18 zł dałem 5 zł :) Była też masa książek o historii, geografii, atlasów, kuchennych itepe itede. A, zapomniałbym! Komiksy po 1,50 też były :D Chociażby jakaś jedna część Lobo mi mignęła i jakieś Hulki. Nie sposób wszystko wymienić, ale po tym małym wycinku chyba widzicie, że jest to ciekawe miejsce do zakupu książek ;-) Kupując przez internet na stronie www.ebuch.pl nie jest już oczywiście aż tak cudownie no bo trzeba zapłacić za transport, chyba że zamawia się powyżej jakiejś tam kwoty (w sierpniu jest to 50 zł, ale nie wiem czy się nie zmieni?) no to wtedy nie ma problemu. Ale gdybyście kiedyś natrafili na niepozorny biały namiot z napisem 'kiermasz książkowy' (bo na zewnątrz nie jest wcale napisane, że to ebuch.pl) to wchodźcie. A nuż traficie na to?

2006/08/20

Frombork

Miasto Frombork. Znane w zasadzie tylko z tego, że przebywał w nim przez wiele lat (i tam właśnie opracował swoje słynne dzieło De Revolutionibus orbium coelestium) Mikołaj Kopernik. Tam też Kopernik umarł. Tak czy siak katedra oraz muzem Kopernika, które są otoczone przez mury obronne to jedyna atrakcja tego miasta. Czy może raczej miasteczka lub mieściny bo nazywanie tego miastem to lekka przesada. Nie da się ukryć, cała część zabytkowa (ta do zwiedzania) jest ślicznie zachowana i czyściutka. Jednak nie ma nic za darmo. Niestety za wstęp do każdej z części trzeba płacić. Fakt, że na przykład muzeum Kopernika jest naprawdę warte zwiedzenia (coś wspaniałego, ale za 4 zł od osoby), planetarium robi ogromne wrażenie (6 zł od osoby), wieża obserwacyjna (4 zł) itd... To wszystko potrafię jeszcze zrozumieć. Natomiast to za co zdecydowanie piętnuję tych co się tym wszystkim zajmują to to, że biorą pieniądze nawet za wstęp do kościoła. To już jest totalne przegięcie. Bo o ile z planetarium czy muzeum jest to zrozumiałe o tyle nie rozumiem jak można brać pieniądze za wejście do kościoła jeżeli nie jest to jakiś rodzaj muzeum, a normalny czynny kościół (choć nie da się ukryć, że bardzo piękny i nastawiony na zwiedzających). A, zapomniałbym. Zdjęć też nie porobicie chociażby w planetarium czy w muzeum. Przynajmniej nie za darmo. Czemu? Bo za robienie zdjęć trzeba zapłacić kolejne 15 zł. Lol. Hmm, ja jestem złodziejem. Nie zapłaciłem i robiłem zdjęcia po kryjomu. Przynajmniej było ciekawie ;-) Ukrywać się przed paskudnymi babami czyhającymi na takich jak ja :P Gdy piszę o tych cenach żona mi podpowiada, że WC kosztował 1,50 zł ale był zadbany ;-)))
Zmieniając temat...wychodząc z całego tego terenu do zwiedzania poszliśmy inną trasą niż sugerowana. Nie przeszliśmy 100 metrów gdy doszliśmy do paskudnych blokowisk, popisanych ścian i brudnych ulic. Czyli - nieciekawie.
Tak naprawdę poza katedrą i otaczającymi ją murami we Fromborku nie ma totalnie nic. Co nie zmienia w niczym faktu, że będąc w okolicy naprawdę TRZEBA odwiedzić to miejsce. Chociażby dla samego muzeum i planetarium. Natomiast jak się podliczy koszty no to nie jest najtaniej.
Podliczmy (tak 'pi razy drzwi'). Bilet z Krynicy Morskiej (normalny, statkiem) do Fromborka kosztuje 42 zł. Krynica to przykład, tam akurat byłem, ale podejrzewam, że z innych miejsc w tej okolicy byłoby podobnie. Nie liczę obiadu na miejscu (był, a jakże, jakieś 50 zł), zwiedzanie muzeum (4 zł), planetarium (6 zł), kościoła (4 zł), wieży (4 zł), czegoś tam jeszcze (nie pamiętam nazwy, nie byłem, ale 4 zł) oraz kościoła Św. Ducha (4 zł) daje nam razem ile? 68 zł. Razy dwa przy założeniu, że tak jak ja jesteście nad morzem z osobami towarzyszącymi daje to 136 zł. Nie licząc żarcia ;-))) Z jedzonkiem około 200 złotych i na dobrą sprawę jeden dzień z głowy bo podróż z Krynicy w jedną stronę to 1,5 godziny następnie są 4 godziny na pobyt we Fromborku i kolejne 1,5 godziny na powrót. Sporo. Ale...mimo wszystko wydaje mi się, że warto. Tyle z mojej strony na temat Fromborka.

Krynica Morska - Bar u Rybaka

Knajpa skusiła nas miłym wyglądem. A że byliśmy nad morzem i w sumie przez większość czasu żarłem ryby no to gdzie miałyby być lepsze ryby niż u rybaka, hm? ;-) Także zawitaliśmy do Rybaka. Prz pierwszej wizycie co prawda tylko ja jadłem rybkę, a Asia zestaw obiadowy z kotlecikiem z kurczaka, ale drugiego dnia już obydwoje wcinaliśmy rybkę. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po przyniesieniu jedzonka (na które zresztą krótko się czeka!) to wielkość porcji! O ile o tym zestawie obiadowym nie ma co się wypowiadać bo jest po prostu normalnych rozmiarów, jak wszędzie to o porcjach ryb można powiedzieć jedno: ogromne! Wreszcie miejsce gdzie się najadłem ;) A że byliśmy tam dwa dni z rzędu to wykluczam przypadek, że akurat jeden jedyny raz trafiła się duża porcja. Druga rzecz, która mi się spodobała (nie, nie kelnerka ;)) to cena piwa. Wszędzie Specjal był po 5 zł, a tam po 4,50 zł. Niby 0,50 gr to niewiele, ale jak się siedzi dłużej no to zawsze to parę złotych różnicy, prawda? Poza tym piwko bardzo ładnie schłodzone. W ogóle to piwo Specjal bardzo mi podpasowało. A raczej jego standardowo wersja, tj. 6%. Bo Specjal Mocny to jakieś słodkie siki, no ale tak jest z większością 'mocnych' piw ;) Niestety na dolnym śląsku to piwo w ogóle nie jest dostępne. Po prostu go nie ma. Jest to dla mnie rzeczą zupełnie niezrozumiałą...Owszem zdarzają się lokalne browary (Full Wrocławski?), no ale ten Specjal jest piwem grupy Żywiec. Nie rozumiem czemu inne piwa tejże grupy są dostępne u nas, a to akurat nie. Whatever. Zrobił się drobny offtopic :)
Ostatnia rzecz o której napiszę to obsługa. Była miła, nie powiem. Zarówno pan obsługujący jak i obie panie. Jedna rzecz mnie tylko wkurzała. Na zewnątrz lokalu była sobie huśtawka, na której można było sobie usiąść. Taka długaśna na 3-4 osoby. Z racji tego, że za każdym razem jak byliśmy jakoś było niewielu gości i obsługa nie bardzo miała co robić to siadali na tej huśtawce i się bujali :P Wnerwiające.
Podsumowując samą knajpę muszę ją zdecydowanie polecić. Ceny całkiem całkiem, porcje jedzonka tyż i ogólnie miła atmosfera. Jeszcze tylko o lokalizacji. Dla osób, które mieszkałyby w centrum to ta knajpa pewnie odpada. Znajduje się bliżej peryferii. Konkretnie to niedaleko stacji benzynowej (jedynej zresztą). Natomiast dla ludzi takich jak ja i Asia, którzy mieszkali z dala od centrum jest to strzał w dziesiątkę! Polecam :-)

Krynica Morska - Złoty Żuraw

Nigdy nie przypuszczałem, że zawitam na imprezę do restauracji chińskiej.
Nigdy też nie podejrzewałem, że będę zajadać się żabimi udkami, a moja żona krabami :) No cóż, pozory mylą. Tak samo jak pozorne, a raczej niepozorne były rozmiary tej knajpki z zewnątrz. Jakże się zdziwiłem gdy oprócz stolików (około 10) i jakiegoś automatu do gry zobaczyłem wejście na kryty taras z parkietem do tańca i DJ-em :-) Generalnie - bardzo fajne miejsce i spędziliśmy tam sporo czasu. Muza jaka leciała to jakieś stare kawałki dance z lat 70-90. Fajna sprawa. Naprzeciwko była duża dyskoteka techno (w stylu: brak możliwości wyprostowania łokci bo tyle osób na sali + techniawka), ale jakoś nie dotarliśmy tam... ;-) Wystarczająco dobrze było w chińskiej knajpie, w której przede wszystkim można było spokojnie sobie usiąść.

Krynica Morska - Cafe Iglo


Jeśli chcecie w Krynicy zjeść coś słodkiego i do tego smacznego koniecznie zawitajcie do Cafe Iglo. Mają przepyszne lody. I nie tylko zwykłe gałkowe, ale również przeróżne, wymyślne desery lodowe. Oprócz tego bardzo dobra kawa i (podobno bo to akurat nie ja jadłem) przepyszna gorąca szarlotka, którą po prostu trzeba spróbować (tyż podobno) :)
Generalnie - idealne miejsce na deser i posiedzenie przy kawusi.

Krynica Morska - Strzechówka

Po powrocie z urlopu pora nadrobić zaległości blogowe...Opiszę parę miejsc w których zawitaliśmy... Zacznę od Strzechówki w centrum Krynicy Morskiej. Nie wiem czemu akurat od tego miejsca zaczynam bo wcale nie było to pierwsze miejsce, w którym byliśmy, no ale ;) Od czegoś zacząć trzeba. Padło na Strzechówkę, w której po mocno zakrapianym grillu ze znajomymi jedliśmy śniadanio-obiad (po 13 godzinie).
Krótko: jedzenie bardzo smaczne, zimne piwko, miła obsługa. Jedyne na co mógłbym narzekać to to, że długo się czekało na jedzenie. Zdecydowanie za długo. 45 minut na spaghetti po sycylijsku i shoarmę? Ekhm. A reszta cacy. Ceny też nienajgorsze. Względnie tanio jak na centrum Krynicy.

2006/08/05

Tradycja? Standard?

Jakoś tak to ZAWSZE bywa, że gdy biorę urlop pada.
Aż by się chciało zaśpiewać z Tevye ze "Skrzypka na dachu" piosenkę "Tradition"... No ale wracając do tego urlopu i pogody - tak jest i tym razem. Drobna rada:nigdy nie bierzcie urlopu wtedy co ja :-)
W tym roku co prawda zmieniła się lekko zasada, ale to taka złośliwa zmyłka pewnie ;-) Zawsze było tak, że jak miałem parę dni wolnego już przed wyjazdem to było słońce i dopiero w dzień wyjazdu się pogoda chrzaniła. Cały czas padało, padało i w dzień powrotu się rozpogadzało :-)
Teraz od początku urlopu już jest deszcz i zimno. A cały lipiec był taaaki fajny... :P

2006/07/31

Restauracja "Antykwariat" w Świnoujściu

Będąc w odwiedzinach u rodziny w Lubinie (nie tym na dolnym śląsku, a nad morzem, 5 km od Świnoujścia) zawitaliśmy w restauracji (oraz hotelu, który jest w tym samym budynku), który należy do mojej kuzynki. Od razu na wstępie: to, że jestem spokrewniony z właścicielką nie wpływa w żaden sposób na moją ocenę (choć czytając to dalej możecie w to wątpić...ale z drugiej strony jeśli czytacie to regularnie to wiecie, że raczej nie oszczędzam nikogo jeśli coś mi podpadnie).
Więzy krwi na bok, przejdźmy do konkretów.
Wystrój. Bardzo fajny. Jak sama nazwa wskazuje było tam sporo książek. Oprócz tego ciekawie zrobione oświetlenie, stoły zrobione ze starych maszyn do szycia (super pomysł). Ma to swój niepowtarzalny urok. Zawsze dołączam jakieś zdjęcia własnej roboty , ale niestety jedyne zdjęcia jakie tam robiłem to zdjęcia rodzinne, a więc nie będę ich tu przedstawiał. Wziąłem (przyznaję bez bicia) dwa ze strony restauracji. Można sobie spojrzeć na więcej zdjęć tutaj.
Obsługa bardzo miła. Ceny baaardzo przystępne jak na jedną z lepszych (jeśli nie najlepszą) knajpę w centrum Świnoujścia.
Lecimy dalej...muzyka. Jak przystało na restaurację na poziomie również muzyka była miła dla ucha. Głównie spokojna muzyka, nieco kawałków fortepianowych itp., ale takich bardzo przyjemnych dla ucha (ja za taką muzyką nie przepadam, ale podobało mi się).
Bogate menu.
Napoje: od piwa (kilka lanych, butelkowe), przez drinki, soki, herbaty, parę rodzajów kawy, gorąca czekolada (ze specjalnej maszyny), wina (duży wybór), whisky itd.
Jedzenie: duży wybór, aczkolwiek niestety nie skosztowałem nic. Byliśmy tam po obiedzie domowym, już najedzeni. Ale sądząc po ludziach, którzy siedzieli przy sąsiednich stolikach musiało być smaczne :-) Ja mogę natomiast ocenić wielkość porcji. Nie wiem jak zwykłe (małe) dania, ale główne dania były przeogromne!
Desery: głównie lody, szczerze mówiąc na inne desery nie patrzyliśmy za bardzo. Ale desery lodowe, które jedliśmy były pyszniutkie :-)
Na koniec zacząłem sobie przeglądać menu i złośliwie zauważyłem, że nie ma nic ze szpinakiem (który uwielbiam). Moja kuzynka na to: "przecież jest szpinak". Ja pytam "gdzie?". A ona na to: "w lodówce, jeśli coś chcesz wystarczy powiedzieć" :-) Nie wiem niestety czy to tylko dla mnie byłoby zrobione czy każdy mógłby poprosić o danie spoza listy dań, ale jeśli tak no to chylę czoło!

Piętnuję!

Kogo tym razem? Ano tym razem piętnuję drogowców!
A raczej ich beznadziejną organizację. Jadąc sobie w jedną stronę nad morze utknąłem w "drobnym" korku pod Sulechowem (jakieś 35 minut stania). Jak czytają to kierowcy - niech omijają w miarę możliwości to miejsce przez najbliższe tygodnie. Eniłej samochodów było z 50 (wydawało mi się to spore jak na godzinę 4 rano). Z tym, że korek był tylko po naszej stronie (co okazało się jak już przejechałem przez światełka, które świeciły na zmianę jednym i drugim) po drugiej stronie zaś stały i czekały 2-3 autka, które nota bene ustawiły się dopiero gdy my przejeżdżaliśmy.
Potem podobny korek w Pyrzycach. Masakra. A jeszcze gdzieś tam po drodze cztery objazdy w Gorzowie Wlkp. Z tym, że tych ostatnich (gorzowskich) drogowców nie mogę karcić bo wszystko płynnie szło tylko, że nadrabiało się ładnych parę kilometrów.
W każdym razie wracałem tą samą trasą. Była jedna alternatywna, ale przechodząca obok dwóch jezior przy których wypoczywa połowa województwa i stwierdziłem, że tam to dopiero będą korki. Hmm...może trzeba było jechać tamtędy? No ale wtedy nie miałbym o czym pisać :-)
A więc dojeżdżam do nieszczęsnego Sulechowa i tej samej drodze co w tamtą stronę.
Specjalnie jechałem gdy nie ma jeszcze szczytu. Nawet nie chcę wiedzieć co się tam działo potem. Spędziliśmy w korku jakieś półtorej godziny, może więcej. Horror. Korek na łaaadnych parę kilometrów, podejrzewam, że paręset aut stało za nami. Ludzie gasili auta i pchali je o te parę metrów na ileśtam minut bo w tym upale wszystko się przegrzewało.
A czym był spowodowany cały korek? Tym, że światła ZNOWU były ustawione na AUTOMAT. Kurde, troszkę wyobraźni. To się może sprawdzić w nocy, w tygodniu, ale nie na weekend gdy pełno ludzi rozjeżdża się po kraju. I tak oto światełka miały ustawiony taki sam czas po jednej jak i po drugiej stronie. I to nic, że jak już przejechaliśmy okazało się (znowu), że po drugiej stronie aut jest...może 10? W takiej sytuacji po prostu musi być policjant, który (teoretycznie) ma mózg i widzi co się dzieje i odpowiednio na to reaguje. Szlag może człowieka trafić przez coś takiego.
A przy okazji napiętnuję buców, kórzy w takich korkach wyprzedają sobie drugim pasem jezdni (najlepiej na światłach awaryjnych) i przejeżdżają sobie obok 100 aut. Bo tylko im się spieszy, oni mają BMW nowe i muszą pokazać kto tu rządzi. Lol. Jeden taki akurat się wepchał za nas to mój ojciec podszedł i zrobił mu uwagę. Musiał się głupio czuć szczególnie, że jechał z dzieciakami. Cóż, niech zobaczą jakiego mają wsiurskiego tatusia.
To chyba tyle moich wypocin na ten temat :-)

Drobne przemyślenia ubiurowe i takie tam :)

Weekend spędziłem nad morzem. Niektórzy mówią, że to szaleństwo jechać nad morze na dwa dni, ale...to chyba mówią ci co mają nieograniczony czas wolny. Ludzie, którzy ciężko pracują i tacy co jeszcze do tego mają swoją drugą połowę, która również pracuje i ciężko jest im jakoś zgrać obie prace z czasem wolnym doskonalne to rozumieją.
Ale nie o tym miałem pisać.
Miałem pisać o pogodzie i związanym z tym ubiorem. Tak przynajmniej sobie obmyśliłem :)
Otóż jadąc teraz, po raz pierwszy chyba złamałem swą żelazną zasadę, że jak jadę autem to biorę zapasowe buty, swetry itd. W końcu może to wszystko leżeć w bagażniku, ale a nuż się przyda...
Cóż, zachęcany prognozami pogody wziąłem na nogi tylko sandały (resztę ubioru przemilczę :)), żadnych normalnych butów. Wszędzie trąbiono, że 34 stopnie, a 33 to już mróz, że tak cały tydzień blabla. Myślę sobie "na ch...mi buty". Cóż - błąd ;) Już jadąc, będąc 150 km od Głogowa dopadła mnie ulewa. Najzabawniejsz, że RMF cały czas twierdził (godzinę później też), że nigdzie nie pada, nie padało i padać nie będzie :-) Obsrałoby ich z takimi informacjami. Jak już jestem przy RMF i ich informacjach to zawsze miałem ich za rzetelną stację pod tym względem. Otóż przestałem. Jadąc sobie była informacja o tych górnikach, którzy zginęli w kopalni "Pokój". Następnie dodano, że jest to szesnasty śmiertelny wypadek w polskich kopalniach od początku roku. Parę godzin później wydarzył się inny wypadek, również śmiertelny, w innej kopalni. Na koniec reporter powiedział "to już czternasty taki wypadek od poczatku roku w kraju". No to sorry, ale naprawdę fajnie weryfikują te swoje informacje. Wychodzi na to, że nie tylko pogodowe (sux) ale codzienne też. Bomba.
Ale zrobił się offtopic. Było o sandałach :) Wybraliśmy się z rodziną (już po dojechaniu) na wycieczkę. Krótkie spodenki, sandałki itepe. Żadnej chmurki na niebie ;) Spacerek trwał około półtorej godziny (łaziliśmy po wolińskim parku narodowym). Nagle ni stąd ni zowąd zaczął padać deszcz. Powiem tak: nie pamiętam kiedy tak zmokłem. Najgorzej zniosły to moje sandałki kochane (campusa). W tym momencie chciałbym zareklamować odzież Campusową. Sandały dostały tak w kość, że powinny się po prostu rozlecieć (obok zdjęcie, które nie oddaje nawet 1/10 tego jak one wyglądały i jak były mokre). Ale przetrwały :-)
Zrobiła się taka notka o wszystkim i o niczym więc takie krótkie podsumowanie:
- zawsze bierzcie zapasową odzież nawet jeśli wydaje się to idiotyczne (nie zawsze trafi się ktoś z rodziny z takim samym numerem buta, który pożyczy swoje klapki) :P
- nie ufajcie wszystkim faktom podawanym przez RMF FM
- Radiu Maryja też nie ufajcie, ale to już inna kwestia :)))

2006/07/28

MEMO - krótka notka rypiąca ;)

Będzie krótko i na temat. Memo. Nie wiem czy nazwać to knajpą czy restauracją czy czym. Nieważne. Drobne spostrzeżenia po wczorajszej wizycie:
- dobre zimne piwko. Mają i Heinnekena i Żywca lanego. Leją ponad krechę 0,5. Plus.
- jedzenie. Odradzam. Ja jadłem naleśniki ze szpinakiem - takie sobie, Grzesiek jadł carbonare - gorzej niż takie sobie. Kiepskie. Za to ceny nie były kiepskie. Naleśnik - 14 zł, carbonare - 14 zł.
Dla porównania w Rustice za porównywalną porcję i o niebo lepszą zapłaci się połowę z tego -7 zł.
- obsługa. Jakiś facecik w czarnym ubranku, którego od początku nie polubiłem (faceta, nie ubranka). Przeszedł sobie z nami jakby nigdy nic na 'ty'. Jakoś nie lubię jak jakiś nieznany mi facet wali na dzień dobry do klientów teksty w stylu 'co ci podać?'. Wiocha.
Generalnie - odradzam. Kiepska i do tego (moim zdaniem, może inni lubią takie traktowanie) chamska obsługai drogie żarcie które wcale nie jest zbyt smaczne.
Dla samego piwa nie ma sensu iść. Jest tyle innych, miłych miejsc.

2006/07/23

Apel

O co apeluję? Ano apeluję o odrobinę rozwagi i włączenie mózgu. Ja wiem, że to wielkie wymagania biorąc pod uwagę temperaturę powietrza (forecast wskazuje 32 stopnie, ale jest więcej) ale naprawdę...
Co mam na myśli? Co mnie skłoniło do tego wpisu? To, że mieszkam względnie niedaleko od trasy, którą jeździ straż pożarna. A przez ostatnie dni słyszę ją zdecydowanie za często. Na dowód - zdjęcia z dwóch ostatnich dni. Codziennie coś się pali i widać to z mojego okna. Zazwyczaj tereny zielone bo jakieś przygłupy albo niedopałek wyrzucą albo jakąś butelczynę po flaszeczce czy piwku wrzucą w krzaki... Ludzie! Myślcie trochę. Przy takim upale drobny kawałek szkła po butelce po piwie skupi nieco światła i pożar gotowy. Ale szczyt debilizmu (jakąś nagrodę ci ludzie powinni dostać) pokazali ludzie, którzy mieszkają w bloku koło mnie. Gdy to piszę słyszę kolejny radiowóz...
:) Śpimy sobie w najlepsze z moją małżonką. Właściwie drzemiemy. W taki upał nic się nie chce. Jest godzina popołudniowa. Która dokładnie, nie zwróciłem uwagi, ale około 16-17. Budzą nas odgłosy (a jakże) straży pożarnej. Niepokojąco blisko. Nauczony doświadczeniem sprzed paru lat gdy nasz wieżowiec się palił i ledwo uszedłem z życiem od razu się podniosłem. Zupełnie jak jakieś deja vu, tylko że wtedy była noc. Ale sytuacja podobna. Patrzę przez okno, a tam SZARO od dymu. Całe szczęście to nie blok. A co? Ano samochód. Spaliło się w nim wszystko co tylko możliwe. Jacyś przytomni ludzie przepchnęli go (brawo za ten heroiczny wyczyn, ja bym się bał) z dala od innych aut. Całe szczęście bo pewnie byłaby katastrofa. Z takim jednym autem mieli strażacy naprawdę sporo problemu, strach pomyśleć co by było jakby wszystkie auta na parkingu niczym jakieś domino się zajęły... Przez cały wieczór zastanawiałem się co też spowodowało, że samochód się zapalił. Dowiedziałem się następnego dnia. Jeśliby byłyby przyznawane nagrody za najgłupszy pomysł i totalny brak wyobraźni ci ludzie powinni ją dostać. Co takiego genialnego zrobili? Już piszę. Otóż byli sobie na grillu. Co genialnego zrobili? Rozgrzany grill, zaraz po skończeniu uczty wsadzili do bagażnika. Kurde. Długo bym musiał myśleć, żeby na tak idiotyczny pomysł wpaść. Aż dziwne, że auto się zapaliło dopiero pod domem, a nie w trasie. Cóż...bez komentarza. Powtarzam jeszcze raz to co napisałem na początku: ludzie! MYŚLCIE CZASAMI. To naprawdę nie boli. A potrafi oszczędzić wiele nieprzyjemności. Mówiąc łagodnie bo takie pożary naprawdę mogą się skończyć tragicznie.

2006/07/21

Windows XP


Jakiś czas temu mój brat na swoim blogu opisywał wrażenia z instalacji windowsa XP. Postanowiłem pokusić się o coś podobnego. Tzn temat podobny, ale nie będę pisał o instalacji a o używaniu. Bo przecież to jest najważniejsze :-) Drobne uzupełnienie od razu na początku: używam XP w pracy i tam nawet względnie jestem z niego zadowolony. Na komputer tylko do pracy to się nawet nadaje. Ale do używania w domu - NIE.
Irytuje od początku do końca. Pomijając już nawet denerwujące ekrany logowania, których ni cholery nie mogę wywalić (może nie wiem jak, ale jeśli nawet to wcale nie świadczy to na korzyść tego systemu) to zasobożerność tego systemu przerasta wszystko. Niby nie mam jakiegoś super-hiper komputera (procek 2600 mhz, 256 ramu, graficzna radeon 128mb) ale gdy ten system powstawał o takim sprzęcie nawet się panu Gejtsowi nie śniło raczej. Więc jak działa na słabszych komputerach? Wolę nie wiedzieć. Wszystko uruchamia się wolniej niż na Win2k. Gdy mam odpalonego winampa i na przykład worda to firefox odpala się jakieś 20 sekund! Na Win2k praktycznie od razu. Gry? Chodzą o wiele wolniej. Nie wiem czemu. To w sumie jakoś mogę przeboleć bo za wiele nie gram, ale... cholera czemu? Czemu chodzi gorzej pod nowszym systemem, który powinien być bardziej dopracowany nawet jeśli ma większe wymagania?
No ale powiedzmy, że mogę to przemilczeć. A czego nie mogę? Debilnych 'zapór' (jakiś łindołsowy firewall), które blokują wszystko nie to co trzeba (mam od tygodnia tę szkaradę i do tej pory nie mogę wejść na otywy i rozszerzenia firefoxa bo windows magicznie coś blokuje). Cool. Dalej... Automatyczne aktualizacje. To, że system chce się aktualizować to fajnie. Wszak pod linuksem ciągle coś się aktualizuje dzięki czemu komputer lepiej działa, jest bezpieczny itd. Tylko czemu do jasnej anielki po każdej aktualizacji windows chce się ponownie uruchamiać? I nawet jak mu kliknę 'uruchom później' to i tak co 5 minut będzie mi wyskakiwać okienko, żebym ponownie uruchomnił komputer. Zajebiście. A co jeśli nie mam ochoty na aktualizacje? Cóż, oczywiście mogę to wyłączyć, ale kochany system walnie mi w traya piękną różową ikonkę, która będzie przypominać, że system może być zagrożony i że powinienem włączyć automatyczne aktualizacje. Bez komentarza. I ostatnia rzecz, która zdecydowanie najbardziej mi przeszkadza to to w jakim tempie windows zżera mi miejsce na dysku C (czyli tam gdzie zazwyczaj jest zainstalowany). Gdy zainstalowałem ten piękny system, zajmował on jakieś 2GB. Dużo nie? W porównaniu do Win2k czy Win98 to jest bardzo dużo. Mógłbym to jeszcze znieść (na dysku C mam 4 GB z hakiem, więcej nigdy nie potrzebowałem, bo trzymam tam tylko office'a i windows), gdyby tymi 2GB winda się zadowoliła. Ale nie. Automagiczne aktualizacje oraz cholera wie co jeszcze doprowadza do tego, że z każdym uruchomiemiem systemu miejsca na C jest coraz mniej :-) Było 1,5GB, potem 1,2GB teraz jest 900mb mimo, że nic nie instaluję. Po prostu korzystam z systemu :-) Zaje...fajnie :-) Coś czuję, że jednak wrócę do starego dobrego Windowsa 2000. Amen.

Dopisek z dnia 22 lipca 2006 r. Godzina 10:57. Zaraz będę instalować win2k, ale najpierw zdjęcie z obecnego miejsca na dysku :-) Wczoraj było 900. Dzisiaj? Sami zobaczcie... Komedia. Oczywiście NIC nie instalowałem, troszkę tylko surfowałem po sieci, aktualizacje wyłączyłem. Więc co pożera to wolne miejsce? Langoliery?

2006/07/14

Piętnowanie raz jescze...


A, jak mi tak dobrze idzie z tym piętnowaniem to jeszcze kogoś napiętnuję.
LISTONOSZY.
Kiedyś tak nie było. Listonosz(ka) przychodził(a) z liścikiem do domu, czasem nawet na herbatkę wstąpił(a) i ogólnie było miło.
Teraz? Wygląda to mniej więcej tak: przychodzi buc, dzwoni domofonem (do mojego mieszkania) i ktoś mu otwiera drzwi, a więc wie że ktoś jest w domu! Co robi normalny listonosz? Wchodzi/wjeżdża windą (niepotrzebne skreślić), puka do drzwi, zostawia list BO ZASTAŁ ADRESATA. Co robi nasz buc? Otóż mimo, że wie iż ktoś jest w domu on sobie wypisuje awizo 'niezastano, awizowano' i bezczelnie wrzuca to do skrzynki bo on nie ma czasu zapewne na chodzenie po mieszkaniach. To ja się k*** pytam za co mu płacą? Nie po to dostaje jakieś tam pieniądze, żeby bezczelnie robić coś takiego. To co, on nie ma czasu wejść na moje piętro i mi to zostawić, ale ja to mam mieć czas, żeby pójść sobie odebrać list na pocztę, tak? P-I-Ę-K-N-I-E.
Przymierzam się do pójścia na pocztę i zrobienia dymu (bo na awizie ktoś się podpisał, więc wiadomo kogo zgnoić) bo to nie pierwszy raz. Właściwie ostatnio to reguła. Niech kogoś takiego wypieprzą z pracy bo nie nadaje się do tej pracy...
Amen.

Pamiętacie piętnowanie kierowców...?

Jakiś czas temu (być może pamiętacie) pisałem o tym jak wkurzają mnie buce, którzy stają na miejscu dla inwalidów.
Jakaż jest moja radość dzisiaj! Policja poprawia budżet miasta :) Mandaty sypią się pod tesco w takim tempie, że policja z bloczkami nie wyrabia :))) ROTFL.

Sony Ericsson W810i


Tak się jakoś złożyło, że zmieniłem plan taryfowy (mniejsza o niego) i przy okazji zakupiłem nowy telefon. Tzw. walkman: SE 810i. Chciałem co nieco o tym cudeńku napisać...Nie będzie to raczej recenzja bo takową powinno się raczej pisać po głębszym poznaniu, ja natomiast posiadaczem tego telefonu jestem od wczoraj i będą to raczej pierwsze wrażenia z użytkowania.
Podzielę ten wpis na dwie kategorie: zaobserwowane przeze mnie plusy i minusy. A więc zaczynamy. Może najpierw zacznę od plusów.


Walety:
  • ładny wygląd :)
  • zaraz po włączeniu ciekawa funkcja - można albo normalnie włączyć telefon (podając PIN od karty sim itepe) albowłączyć tryb walkmana. Jest dostęp tylko do muzy :)
  • karta pamięci (512mb), kabel USB oraz słuchawki stereofoniczne w zestawie, nic nie trzeba dokupować
  • radio z RDS-em. Tego jeszcze nie widziałem :>
  • bardzo fajnie zrobiony odtwarzacz MP3. W Nokii 5510 było to też w miarę rozwiązane, ale na przykład w Motoroli E398 BEZNADZIEJNIE. Tu jest okej. Oczywiście korektor dźwiękowy z możliwością zwiększenia basów, wysokich tonów itp, możliwość wymieszania kolejności odtwarzania utworów (shuffle). Dodatkowo telefon bardzo ładnie umieszcza mp3 w katalogach z nazwą wykonawcy, nazwą płyty wg id3tag. Git.
  • zarówno bluetooth jak i irda - fajnie.
  • bardzo duża możliwość 'dostrojenia' telefonu do własnych potrzeb. W ustawieniach można naprawdę dużo pozmieniać i dopieścić telefonik, żeby ładnie wyglądał i się dobrze zachowywał ;-)
  • względnie intuicyjny
  • świetny aparat cyfrowy i kamera (nagrywa również dźwięk)
  • podobno jest dyktafon, ale jeszcze nie testowałem ;)
  • bardzo wygodny program do wrzucania mp3 na telefon. Nokia na przykład baaardzo z tym kulała zawsze.
  • czytnik rss i przeglądarka opera mini :-)

    Na razie tyle...teraz minusy.
    Zady:
  • nie ma wad.
    Żartowałem ;-)
  • brak osobnego przycisku do kończenia rozmowy, a ten który do tego służy (po prostu klawisz 'wstecz') jest cholernie mały i niewygodny
  • brak możliwości wyłączenia dźwięku migawki przy robieniu zdjęcia. Kurwicy idzie dostać jak się słyszy to pstryk, a czasami chciałoby się zrobić zdjęciu pokryjomu. Niestety jest to niemożliwe
  • wejście na słuchawki i ładowarkę jest...hmm...sam nie wiem jak to określić. Składa się z takich śmiesznych bolców jak w motce e398. Z doświadczenia wiem, że po pewnym czasie zaczyna się to obluzowywać i na przykład jest problem z ładowaniem :-/
  • brak możliwości ustawienia własnego sygnału nadejścia smsa. Można tylko wybrać jeden z 6 obrzydliwych dźwięków lub całkiem wyłączyć dźwięk nadchodzącej wiadomości.
  • głośniczek mono. Tak wiem, czepiam się, tylko e398 ma głośniki stereo, ale ja się przyzwyczaiłem i różnica jest :P

  • o ile mp3 można słuchać nawet bez słuchawek o tyle radia już niestety nie. Podobno w słuchawkach jest antena. Jest czy jej nie ma, można było to inaczej rozwiązać.
  • nie można ustawić osobno głośności dzwonka połączenia przychodzącego i osobno smsa. Jest jedna, wspólna głośność, tylko jakaś taka dziwna. Bo gdy ustawiłem na maxa to połączenie przychodzące było tak głośne, że mało nie ogłuchłem, a sms nadal cholernie cichy :/ Coś z tym jest nie tak niestety.
  • blokada klawiatury. Jest, ale nie można w żaden sposób jej ustawić. Co mi w tym przeszkadza? Ano to, że klawiatura się blokuje ZA SZYBKO. Powinna być możliwość ustawienia sobie samemu czasu do blokady lub przynajmniej parę opcji do wyboru: 5, 10, 15 sekund. Niestety nie ma tego.
    Na razie tyle...
    Niewątpliwie potrzebuję więcej czasu, żeby wychwycić więcej zalet i wad. Aktualnie telefon się ładuje (bateria się formuje) więc eksperymenty przerwane. Być może po dłuższym korzystaniu zrobię jakąś erratę do tego co tutaj jest już zamieszczone bądź po prostu dopiszę co jeszcze mi się podoba, a co nie.
    Zobaczymy :-)
  • Beluga

    No, po paru wizytach w tej knajpie mogę coś wreszcie napisać...Już mam wyrobione zdanie.
    Tym razem bez przydługich opowiastek. Powiem tak: dobre piwko, bardzo dobre jedzenie - a jadłem już sporo z tych rzeczy co tam są - od kotleta z sosem cacyki(jakkolwiek się go pisze bo widziałem już różne pisownie...) przez makaron penne, makaron ze szpinakiem po ser camembert z żurawiną ;-) I parę innych pysznych rzeczy, których nawet już nie wymieniam. Raz tylko zdarzyło im się przesolić makaronik ze szpinakiem :-( No ale powiedzmy, że każdemu może się zdarzyć.
    Całość ozdobiona przemiłą obsługą, która interesuje się goścmi i pojawia się znikąd gdy nie ma już piwa ;> Jakieś kamery? :P
    Szczególnie sympatyczna jest jedna kelnereczka. Zdaje się, że nazywa się Basia (jeśli dobrze usłyszałem). Zawsze uśmiechnięta, ładnie ubrana, uprzejma i ogólnie świetna! Brawo. Właśnie taka powinna być kelnerka. Kwintesencja kobiecości i miłej obsługi :)
    Ogólnie - jak najbardziej polecam tę knajpę :]

    2006/07/10

    Wpadka Zidane'a
    Cóż...był tu filmik, ale youtube go zdjęło.
    Musicie się żuczki zadowolić linkiem
    Nie mogłem się po prostu powstrzymać przed zamieszczeniem tego :-P
    Widzę u Zizou możliwość kariery w rugby. Pasowałby też do Speedballa ;->